O autorze
"W Punkt" jest pierwszym w Polsce magazynem opiniotwórczym stworzonym z myślą o użytkownikach urządzeń mobilnych zainteresowanych polityką, sprawami społecznymi, zmianami cywilizacyjnymi, reportażem, literaturą i internetowym lifestylem. Wersję na iPada można pobrać w App Store, a na czytniki e-booków ze strony Magazynwpunkt.com. Czasopismo ukazuje się od maja 2013 roku i jest bezpłatne. Tutaj publikujemy nasze artykuły - te, które ukazały się w kolejnych numerach oraz te pisane przez naszych autorów na bieżąco.

Pożyczone szczęście. Biografia pokolenia trzydziestolatków

Maraton Warszawski, 28 września 2011 r. MSZ/CC Flickr
Kupujemy na kredyt, zawsze mamy wyjście awaryjne, nie kochamy na zawsze i nie zawsze kogoś. Na równi boimy się samotnej starości, przeżytej w cierpieniu i ubóstwie

– fragment książki Pauliny Wilk „Znaki szczególne” (Wydawnictwo Literackie 2014), który ukazał się w magazynie „W Punkt” (pobierz za darmo pełne numery na iPada)



Wybrałam życie w pojedynkę, nie założyłam rodziny. Mam małe mieszkanie blisko kin, galerii i kawiarni, do których jeżdżę tramwajem albo rowerem. Należę do grupy, na której określenie wciąż brakuje dobrej nazwy. Single, samotni, poszukujący, stare panny i kawalerowie, wolne atomy, partnerzy – żadne z tych pojęć nie obejmuje różnorodności motywacji i ról, jakie reprezentuje rosnąca grupa „młodych niepołączonych”. Składają się na nią ludzie, którym nie udało się jeszcze spełnić marzenia o małżeństwie i dzieciach, ale i ci, którzy nigdy takich pragnień nie mieli albo spróbowali i zmienili zdanie. Pojedynczość nie równa się samotności i nieszczęściu, tak jak rodzina nie zabezpiecza przed osamotnieniem czy krzywdą. Znam z gazet ponure opowieści o singlach, którzy harują i imprezują. Jednak w rzeczywistości spotykam ludzi, którzy pracują z pasji – nie z przymusu. Relacje rodzinne zastępują bliskością ze sklepikarzami, kelnerami i sąsiadami. A spędzając czas poza domem, ocieplają i wypełniają życiem całe miasto.

Moi niezamężni i nieżonaci znajomi tworzą różnorodną gamę związków – tych intymnych i tych utrzymywanych ze światem. Świętujemy Boże Narodzenie z rodzinami, przyjaciółmi i partnerami albo omijamy je, lecąc na azjatyckie plaże. Mieszkamy sami, czasem z kotem i psem albo w nieformalnych parach. Zmieniamy współlokatorów, kochanków, partnerów. Lub spędzamy długie lata z tym samym człowiekiem, bez przysięgi czy dokumentu poświadczającego miłość i wierność.

Wszystkie te formy współżycia i odrębności istniały zawsze. Ale teraz domagają się uznania i definicji. Mojemu tacie jest chyba obojętne, jak co się w tej mozaice nazywa. Kiedy łamiemy się opłatkiem, mówi po prostu: „Życzę ci, żebyś miała kogoś przy sobie”.

Mamy w naszych domowych albumach zdjęcia ze ślubów rodziców – skromnych uroczystości, celebrowanych bukietem gerber, sukienką ze zdobytego cudem bistoru, zamówioną pod kościół taksówką i małym przyjęciem dla najbliższych. W kieliszkach wódka, na stole zimne zakąski, ciasto. W prezencie od bliskich zegar, patera, trochę dolarów albo tradycyjna zrzutka na wózek dla dziecka. Podróże poślubne, jeśli w ogóle były, to na Mazury lub do Złotych Piasków. Często zresztą odkładane przez dwadzieścia lat i przeżywane dopiero, gdy dzieci już dorosły.


Teraz śluby wyglądają inaczej i chyba co innego znaczą. Są nie tyle skromnym początkiem, świętowanym w prywatnym gronie, ile mocnym wejściem we wspólne życie. Wysyłanym szeroko zawiadomieniem o materialnym i społecznym statusie, osiągniętym przez małżeństwo już na starcie. Organizacją i produkcją ślubów zajmuje się specjalistyczna branża usług okołomałżeńskich, wymagająca zaangażowania ogromnych nakładów finansowych i czasu. Samo planowanie trwa zwykle rok, zaczyna się od rezerwacji sali i terminu mszy, wyboru strojów, które będą szyte na zamówienie, a przecież są jeszcze menu, wodzirej, didżej, dekorator wnętrz, fryzjer i makijażystka, limuzyna albo bryczka, bukiety, fotograf, filmowiec. W podróż poślubną leci się na Bali lub Maderę, do Włoch albo do Stanów.

Współczesna rodzina jest nie tylko uczuciowym związkiem kilku osób – ma wyraźny profil finansowy i rynek traktuje ją jako jednego z najlepszych, najbardziej chłonnych klientów. O ile młode małżeństwo stanowi ideał kredytobiorcy, o tyle rozrastająca się rodzina jest wymarzonym zjawiskiem dla niemal każdej gałęzi usług i handlu. Zupełnie inaczej niż w opowieści mojego taty sprzed trzydziestu lat, dziś pojawienie się dziecka jest poważnym wyzwaniem finansowym. Pociąga za sobą serię zakupów oraz decyzji inwestycyjnych, ponieważ rzeczywistość, w której dorasta kolejne pokolenie, wymaga spełnienia precyzyjnie określonych standardów. „Życie podrożało”, mówimy, czując, że na każdym kroku determinują nas pieniądze. I że prawie niczego, co uważamy za potrzebne i cenne, nie możemy osiągnąć bez nich. Liczba przedmiotów, ekspertów i opiekunów, doradców i usługodawców, bez których nie wyobrażamy sobie dobrego funkcjonowania dla siebie i dzieci, jest wprost nie do pogodzenia z faktem, że jeszcze niedawno cała ta infrastruktura komfortu nie istniała, mało kogo zresztą przyprawiając o nieszczęście.

Na wczasy nad Bałtyk nie da się już pojechać pociągiem z dzieckiem i kilkoma walizkami, jak robili to moi rodzice z małym bratem. Teraz potrzebne są dwa wypchane po dach samochody. Nie sposób pomieścić się z rodziną na trzydziestu pięciu metrach kwadratowych, jeśli się używa zmywarki, mikrofalówki, dwóch telewizorów, około stu dziecięcych zabawek, nie licząc rowerka, a także czterech różnych płynów do czyszczenia podłóg, glazury, mebli oraz zlewu. W ciągu jednego pokolenia przenieśliśmy się do nieporównywalnych realiów, słusznie nazywanych przez naszych rodziców innym światem.

Różnice materialne, których oni prawie nie odczuwali, podobnie jak nie myśleliśmy o nich my, bawiąc się z rówieśnikami w piaskownicy jedną łopatką, na nowo stały się faktem. Zredukowane przez wojny, stłumione za sprawą politycznych i gospodarczych mechanizmów powojennego socjalizmu, wracają z nową mocą.


Odmieniony jest też świat wartości i ideałów. Mama i tata wzięli ślub kościelny dopiero dwa lata po cywilnym, w tajemnicy przed znajomymi z wojskowego osiedla, którzy własne sakramenty również trzymali w sekrecie. Na zdjęciu w drzwiach do kościoła stoją: mama w krótkiej sukience, tata w ciemnym garniturze, świadkowie i dziadek. On wygląda najbardziej uroczyście, bo założył kapelusz z dużym rondem. Miny mają pogodne, ale nieupozowane. Fotograf, pewnie kolega, dobrze uchwycił moment.

Idea szczęścia, komfortu i zamożności jest prawdopodobnie tym, co najbardziej utrudnia teraz wspólne życie. Moi rodzice pozostają małżeństwem od czterdziestu lat, ponieważ przeciwności losu i problemy, z którymi się zmagali, związały ich silniej niż różnice, jakie na przestrzeni lat dostrzegli między sobą. A także dlatego, że nigdy nie dążyli do założonego z góry wielkiego celu, nie ciążył im obowiązkowy ideał. Ich wspólne życie nie zostało zaprojektowane, raczej wydarzyło się, ułożyło. Sojusznikiem jego trwałości był świat zewnętrzny, który nie podszeptywał zmian. Jeszcze długo po ślubie uzmysławiał im raczej, jak niewielkie mają pole wyboru. Najlepsze, co mogli zrobić, to chwytać nieczęsto pojawiające się szanse. Trzymać się razem, bo tak łatwiej mierzyć się z życiem i ponieważ tylko wspólnie udawało się coś zbudować. Byli jednocześnie dzielnymi ludźmi i praktykami kompromisu.

Dopiero moje pokolenie zaczęło odmieniać spełnienie marzeń w liczbie pojedynczej, wyraźnie mówić o życiu w zgodzie z indywidualnymi potrzebami, z samym sobą. Lata „inwestowania w siebie” stanęły w sprzeczności z „rezygnowaniem z siebie” dla rodziny. Codzienne negocjacje ze swoim ego, dotąd szybko zaspokajanym. Pojawiły się nieznane nam wcześniej wyzwania: odsuwanie własnych potrzeb, dawanie pierwszeństwa temu, co wspólne. Rodzenie dzieci, które pozbawiają prawa do myślenia wyłącznie o sobie.

Zaczęło się bolesne ćwiczenie nowych umiejętności i niewygodnych pozycji. Statystycznie przybywa małżeństw, które tej próby nie wytrzymują. „Wytrzymywać” to w ogóle nie jest kategoria z bieżącego świata – wytrzymywali nasi dziadkowie i rodzice, bo nie mieli wyjścia. My wierzymy, że stanowimy część obiegu niewyczerpanych możliwości. Zresztą niemal wszystkie nasze dotychczasowe przeżycia wskazują, że nie warto zadowalać się tym, co się ma – należy to aktywnie modyfikować, poprawiać albo zmieniać. Zmiana najszybciej prowadzi do lepszych rozwiązań, tak w każdym razie było w przypadku komputerów, butów do biegania, zakładów kosmetycznych oraz firm, z którymi rozstawaliśmy się, by zaraz poznać inne. Podobnym zabiegiem, zastosowanym wobec człowieka, jest rozwód.

Rozstajemy się z niezliczonych, zawsze osobistych przyczyn. Ale wśród nich dwie wydają mi się szczególnie istotne dla mojego pokolenia. Pierwsza, optymistyczna, to ta, że nie widzimy sensu trwania przy błędnie podjętej decyzji. Ani obyczaje, ani żadna norma społeczna nie wymagają już unieszczęśliwiania siebie i drugiego człowieka, skoro przestaliśmy się rozumieć, pragnąć czy kochać. Złożoną przed urzędnikiem i księdzem przysięgę można dość łatwo rozwiązać lub unieważnić, a kredyty też okazują się elastyczne – wystarczy je na siebie wzajemnie przepisać albo sprzedać mieszkanie i od razu spłacić. Rozwody są akceptowane, a nowe początki – możliwe i dostępne, czasem nawet podziwiane i celebrowane jako przykład odwagi, by podjąć jeszcze jedną próbę.

Druga przyczyna jest przygnębiająca. Częstsze rozwody mogą świadczyć o zamiłowaniu do komfortu i przyzwyczajeniu do życia, które idzie gładko, bo przeszkody można obejść, opłacić. Co innego, gdy trzeba je wspólnie pokonywać, dopasowywać się do najzwyklejszych i przyziemnych ograniczeń, trwać w bliskości pomimo nieporozumień, nie wpaść w panikę i nie uciec. Rozwody przypominają, że dotąd trwaliśmy w czymś, co przypomina usługę uszytą na wymiar najbardziej indywidualnych oczekiwań. I że wolimy wrócić do tej wygodniejszej, nieobarczonej ryzykiem pojedynczości. Albo spróbować z innym partnerem.

Małżeństwa przestały być nieodwołalne, ale łatwość ich zawierania i kończenia jest pozorna. Opuszczamy się częściej niż dawniej, w złudnej zwykle nadziei, że nowy człowiek stanie się lepszą odpowiedzią i potwierdzi, iż kłopot leży nie w nas, lecz na zewnątrz. Nie w naszym lęku czy nieumiejętności trwania w relacji, tylko w niesprzyjających okolicznościach. Im bardziej towarzyszy nam zmienność, tym mniej ufamy w sens przysięgi: „I że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Nie wierzymy w ostateczność, wyznajemy odnawialność.

Obok ideału ze ślubnych fotografii powstają alternatywne wersje szczęścia. Rodzina ma dziś wiele znaczeń i nie dla wszystkich składa się z mamy, taty, dzieci, ślubu oraz wspólnego rozliczenia podatkowego. Wychowujemy także dzieci pozamałżeńskie, poczęte dzięki pomocy znajomych i osiągnięciom medycyny. Albo nie mamy ich wcale. Nie mówimy już „rodziny rozbite”, unikając piętnowania, a może zwykłego przyznania, że coś pękło. Wolimy „rodziny patchworkowe”, pozszywane w kolorową mozaikę z drugich mężów, żon, przyrodnich braci i sióstr. Nie żyjemy na „kocią łapę” ani „kartę rowerową”, lecz w „związkach partnerskich”. Podkreślamy atrakcyjność nietypowych relacji, płynącą z nich naukę tolerancji. A do grona najważniejszych w życiu osób dopisujemy terapeutów.

Wszyscy – nieważne, jaki wybraliśmy scenariusz – na równi boimy się samotnej starości, przeżytej w cierpieniu i ubóstwie. Nigdy jeszcze nie była tak prawdopodobna jak w czasach wyjść awaryjnych, niedotrzymanych obietnic i renegocjowanych przysiąg.

Jest to fragment książki Pauliny Wilk „Znaki szczególne”, który ukazał się w magazynie „W Punkt” (pobierz za darmo pełne numery na iPada)

Paulina Wilk – dziennikarka prasowa, reportażystka, recenzentka i felietonistka; pracowała m.in. w Indiach, Chinach, Kenii, Brazylii i Izraelu; autorka książki „Lalki w ogniu” nominowanej do nagrody im. Beaty Pawlak, Angelusa i Nike

Tytuł od redakcji „W Punkt”
Trwa ładowanie komentarzy...