Meblowanie Polski przed nami

Warszawa, 3 kwietnia 2010 r. Bitwa na poduszki na placu Zamkowym
Warszawa, 3 kwietnia 2010 r. Bitwa na poduszki na placu Zamkowym Kuba Bożanowski/CC Flickr
Mierzi mnie obrażanie się na rzeczywistość, gdy okazuje się trudniejsza, niż zakładaliśmy. Ja też mam za sobą rozczarowanie i gwałtowny koniec mitycznej przyszłości – z Pauliną Wilk, autorką biografii pokolenia obecnych trzydziestolatków „Znaki szczególne”, rozmawia Jakub Halcewicz.

Rozmowa ukazała się we wrześniowym numerze magazynu „W Punkt” (pobierz za darmo pełne wydania na iPada)



Jakub Halcewicz-Pleskaczewski: Poszedłem na swoje dawne podwórko na warszawskim Mokotowie. Szukałem potwierdzenia, że uogólnia pani, pisząc o tym, jak grodzimy dziś wszystkie osiedla. Byłem pewien, że tamtego nie ogrodzono. Okazało się, że podwórko umarło – zostało podzielone dwoma płotami, w piaskownicy rosną kwiaty, a dzieci zniknęły. Za te i w gruncie rzeczy wszystkie inne niedobre zmiany w życiu społecznym wini pani wprowadzony w 1989 roku wolny rynek. Dlaczego?

Paulina Wilk: Przeciwnie, staram się pokazać, że wolny rynek uwolnił w Polakach różne emocje i osobiste potencjały. Jednych sparaliżował, innych skłonił do pomysłowości, odwagi, nawet brawury. Rozbudzenie energii do przedsiębiorczości i samodzielności uważam za wspaniały fenomen lat 90. Boleję raczej nad tym, że choć wielu z nas – a piszę głównie o Warszawie i okolicach oraz żyjącej tu klasie średniej – dobrze odnalazło się w realiach rynku i konkurencji, to byliśmy na tym aspekcie życia tak skupieni, że nie starczyło czasu na pielęgnowanie wspólnotowości.


Kapitalizm poprzestawiał nam wartości?

– Kapitalizm uczy – na przykład poszanowania własności prywatnej. Ale kapitalizm w wydaniu polskim – dość agresywny, gwałtownie wprowadzany, a co ważniejsze realizowany w chwili, gdy na Zachodzie dotykały go poważne kryzysy i był już oderwany od wartości społecznych, które niósł kilkadziesiąt lat wcześniej – okazał się także siłą wycierającą to, co nazwałabym lokalną tkanką społecznych powiązań. Kapitalizm sam w sobie nie musi być nośnikiem negatywnych treści – ważne, co myśmy z nim zrobili. A chyba przez jakiś czas miał on w Polsce status niemal religijny. Nie dyskutowało się z jego doktrynami, tylko w imię nowego i rzekomo lepszego życia pomijało się i deprecjonowało wszystko, co tu wcześniej wytworzyliśmy. Polski kapitalizm uczył odrębności, dbania o siebie, egocentryzmu.

Tylko czy wcześniej rzeczywiście istniała wspólnota?

– Oczywiście, wspólnotowość w PRL była przez władze polityczne agresywnie zwalczana jako zagrażająca. W jej miejsce proponowano wspólnotę ideologiczną albo sztucznie i przymusowo organizowaną. Właśnie dlatego odrzucenie wspólnotowości po ’89 wydaje mi się procesem naturalnym i zrozumiałym. Ale w swoich wspomnieniach odnalazłam dowody na istnienie także innej, niewymuszonej i autentycznej wspólnoty, w której dorastałam i za którą zatęskniłam. Mieszkałam na osiedlu wypełnionym przez ludzi z różnych części Polski. Wszyscy przyjechali z daleka i nie mieli w pobliżu bliskich, dlatego życie sąsiedzkie było bardzo żywe. Wyrosło z potrzeby stworzenia wspólnej przestrzeni symbolicznej, zapewnienia sobie bezpieczeństwa.

Na czym to życie polegało?

– Normą było chodzenie do sąsiadów po cukierki albo na obiad, jeżdżenie na cudzym rowerze, wymienianie kapsli za kapiszony, pomaganie komuś w przeprowadzce albo przekopywanie mu grządki. Myślę, że gdy ludzie mają mniej, to bardziej siebie potrzebują i częściej korzystają z własnych umiejętności.

Teraz tak nie jest?

– Proszę zapytać obecnych trzydziestolatków, czy potrafią cerować, haftować, lutować, wystrugać z drewna ptaszka lub naprawić kran. I kiedy ostatnio czuli satysfakcję z tego, że zrobili coś własnymi rękami. Przecież stąd właśnie, z dawnej potrzeby wytwarzania czegoś własnym sumptem i dzielenia się owocami takiej pracy, wzięła się ostatnio moda na gotowanie w domu, na ogórki kiszone „home-made”, domowe ciasta, ręcznie robione kolczyki. Chcemy poczuć, że umiemy coś sami i że możemy się tym wymieniać. Potrzeba bycia razem istnieje w każdym ustroju i kulturze.

A co ze wspólnotą?

– Trzeba uczyć się jej od nowa. Mam poczucie, że Polacy po ’89 wylali dziecko z kąpielą, uciekając od wszystkiego, co się kojarzyło z socjalizmem. Było kilku mądrych ludzi, którzy ostrzegali przed zatraceniem wartości społecznych i umiejętności współżycia, ale eksplozja indywidualizmu, własności i prywatności zagłuszyła te ostrzeżenia. Myślę, że wtedy tak być musiało, ale dziś możemy spojrzeć krytycznie na najnowszą historię i żyć inaczej.

Jak nauczyć się tego krytycznego myślenia? Inaczej: co się stało, że napisała pani „Znaki szczególne”?

– Najważniejszym bodźcem była obserwacja – od kilku lat wychwytywałam z codziennych zachowań, podpatrzonych u samej siebie, przyjaciół i nieznajomych, w kawiarniach i tramwajach, przeróżne treści i znaki. Wróciłam do „Człowieka z marmuru” Wajdy, najważniejszego filmu mojego dzieciństwa, który bardzo mnie hipnotyzował, choć go nie rozumiałam. Przyglądałam się filmowej Agnieszce, jej niezgodzie na zafałszowanie rzeczywistości dla wygodniejszego, spokojniejszego życia i zastanawiałam się, gdzie się podziały te Agnieszki. A potem włączałam „Przypadek” Kieślowskiego, serial „Dynastia”, który zamroczył Polaków nonsensowną obietnicą pałacowych rezydencji, różowych szlafroków i szampanów w wannie. Przeplatałam „Psy” Pasikowskiego z Kabaretem Starszych Panów, stanowiącym fenomenalny duet opozycjonistów, którzy o wolność nie walczyli, tylko stwarzali ją inteligencją i dowcipem. Czytałam rozmowy z Geremkiem, Jaruzelskim, pisma Mazowieckiego, felietony Kisiela, teksty Osieckiej.

Czy istnieje wyraźna różnica między dzisiejszymi trzydziestolatkami i starszymi, którzy pamiętają poczucie braku z PRL i początku lat 90., a młodszym pokoleniem urodzonym w kapitalizmie?

– Jestem przekonana, że udaje się zachowywać międzypokoleniową ciągłość i to, że dziś nastolatki wydają się nieodgadnione, kosmicznie odmienne, jest tylko złudzeniem, które odtwarza się z generacyjną regularnością. O nas też mówiono, że jesteśmy z zupełnie innej gliny niż nasi rodzice, że to do nas należy nowy świat, bo się w nim wychowaliśmy. A jednak, po międzynarodowych podbojach i zbieraniu różnych doświadczeń, które oczywiście konkurowały z tutejszymi wzorcami życia, nastąpił powrót do rodzinnego stołu oraz pojednanie z mielonym i buraczkami.

Czyli?

– Wielu moich rówieśników niedawno założyło rodziny i choć budują relacje trochę inaczej, niż się to robiło ćwierć wieku temu, to potrzeba czerpania z tamtych wzorców wychowania czy modelu rodzicielstwa jest ewidentna. Nie sposób żyć poza sobą, zaprzeczyć własnym doświadczeniom. Zachowanie ciągłości mimo wielu nowości i różnic jest tym bardziej zaskakujące, że moje pokolenie silnie odłączało się od rodzin, od systemu wartości, w jakim ukształtowani byli rodzice. Na konflikt pokoleń nałożyło się transformacyjne pęknięcie i pęd ku nowemu. Teraz widać, że każdą wyrwę można załatać, jeśli ma się potrzebę więzi z własną przeszłością i samym sobą.

Poczucie braku oraz świadomość, że może istnieć inna – nie gorsza czy lepsza, ale po prostu inna – rzeczywistość od tej, w jakiej żyjemy, stanowi bardzo ważne połączenie między nami i starszymi od nas. Jeśli chcemy mieć coś wspólnego z „nowymi dziećmi”, dla których „chcesz” znaczy „masz”, a internet i realia są tym samym, to mamy przed sobą ten sam niewdzięczny wysiłek, jakiego podejmowali się nasi rodzice, czyli przekazywanie im naszego rozumienia świata. Przechodzimy na nową pozycję – tych, którzy już mają doświadczenie i coś ważnego do powiedzenia. A możemy być w tym znakomici, bo jesteśmy w wyjątkowy sposób wyposażeni – rozumiemy nowoczesność, uczestniczymy w niej, ale też pamiętamy, co było przed nią.

Co jest charakterystycznego dla tej nowoczesności?

– Nie jestem socjologiem, ale żyję we współczesnym świecie i uważam, że bardzo trudno nie czuć się dziś samotnym. Nieodwołalne, egzystencjalne poczucie osamotnienia jest dodatkowo pogłębione przez codzienność, w której częściej imituje się relacje i obecność, niż naprawdę zawiera związki i łączy. Nie chcę mówić banałów, ale przecież wszyscy doświadczamy tego, że technologia, która pozornie nas do siebie zbliża, na wiele sposobów nas od siebie odpycha. Odkąd możliwe jest wysłanie SMS-a, korzystamy z okazji i unikamy mówienia sobie rzeczy ważnych i nieważnych prosto w oczy. Wygrywa to, co łatwiejsze, a nie bardziej treściwe. Im więcej wirtualności i łatwości, tym boleśniejsza pustka. Tęsknota młodych ludzi za wspólnotą jest, mam nadzieję, nie tylko odruchowa, lecz także mówi, że życie w pojedynkę jest nie do zniesienia, jest nieszczęściem.

Co trzydziestolatki mogą dać młodszemu pokoleniu?

– Dominuje chyba przekonanie, że nastolatki, dwudziestolatkowie są egocentryczni, roszczeniowi, odtwórczy, nie rozumieją podstawowych mechanizmów rzeczywistości. I jest w tym jakaś prawda, ale nie tylko o nich, także o ich rodzicach, o elitach, które nie potrafiły dać im wyzwania. Sama doświadczałam takich postaw, na przykład przyjmując młodych ludzi do pracy i słuchając listy ich wymagań oraz martwej ciszy na moje pytanie: „A co pan potrafi? Jakie umiejętności może mi zaoferować?”. Oczywiście można się odwrócić plecami i powiedzieć: „Arogancki gówniarz”. Ale można z nim zostać, uczyć, pokazywać, że praca jest wartością, że oprócz forsy przynosi poczucie spełnienia i szczęścia. Że być z innymi – po coś – to jest wspaniała sprawa. Czyli można zachować się jak dorosły, który ma poczucie obowiązku wobec młodszych. Nie z każdym taka relacja się uda, ale mnie się zdarzało.

Młodzi, jeśli stawia się przed nimi cele i wysoko wiesza poprzeczkę, mają szansę i ambicję do nich dorosnąć. My to powinniśmy wiedzieć najlepiej, przecież nam rodzice, politycy, wykładowcy mówili: zdobywajcie świat. I zdobyliśmy. Także dlatego, że nas w tym wspierali albo ostro wymagali. Krytykując młodych za bierność i wtórność, idziemy donikąd. Im trzeba powiedzieć: „Chodźcie z nami!”.

Pani książka otwiera drzwi do wspomnień. Na przykład o spełnionych marzeniach. Kiedy wchodziliśmy do NATO, byłem wzruszony, choć kończyłem dopiero 15 lat. Czuło się, że oto spełnia się wielkie polskie marzenie. Podobnie podczas wstąpienia do Unii. Potem jednak nastąpił koniec wielkich marzeń. To trochę absurdalne, ale podobny rodzaj emocji uruchomiła organizacja Euro 2012. Skończyły się wielkie polskie cele?

– Na pewno mamy za sobą jakąś symboliczną, trochę zbyt ceremonialnie traktowaną, ale jednak ważną, metę. Nie cierpię odgwizdywania „skoku cywilizacyjnego”, kojarzy mi się to z gierkowską propagandą sukcesu i kampaniami reklamowymi, ale w ludzkim, emocjonalnym wymiarze doświadczam autentycznej zmiany. Gdy podróżuję do Londynu, Amsterdamu, Nowego Jorku, nie przekraczam już granicy światów, odwiedzam rzeczywistość odmienną, ale mi bliską, kulturowo uwspólnioną. Myślę, że dla wielu moich rówieśników to był właśnie wielki cel: czuć, że świat jest tam, gdzie my. Przestać gonić i nadrabiać zaległości. Móc na nowo pokochać i docenić własny kawałek, nie wstydzić się swojej tożsamości. Iść na koncert polskiego folku i słuchać Kasi Nosowskiej z poczuciem, że żaden blues ani Bono nie są od nich doskonalsi. Dla mnie to jest ważna meta, ponieważ otwiera wyższy, trudniejszy poziom przemian.

To znaczy?

– Mamy za sobą coś na kształt remontu generalnego: piony, kaloryfery i tynki wymieniliśmy. Ale urządzenie rzeczywistości, wypełnienie jej znaczeniami i z uwagą dobranymi drobiazgami, które sprawią, że będziemy się czuli ze sobą i innymi dobrze, jest jeszcze przed nami. Nie wiem, kiedy ani jak tam dojść, ale chciałabym żyć w kraju, w którym kierowcy autobusów nie zamykają drzwi przed nosem pasażerów, politycy z poczuciem odpowiedzialności podają się do dymisji, gdy przyzwoitość tego wymaga, ludzie płacą uczciwie podatki, bo uważają, że tak jest w porządku i wstydzą się, że nie przeczytali w tym tygodniu żadnej książki. Myślę, że mamy przed sobą długą drogę i jestem jej ciekawa.

Od kilku lat młodym – i to nie tylko w Polsce – żyje się gorzej. Marcin Świetlicki dla opisania innego zjawiska stworzył kiedyś określenie „katecheci i frustraci”. Czy ono nie opisuje nas? Jesteśmy przeedukowani i z ambicjami, które nie znajdą ujścia, aż skończą się frustracją.

– O, nie dramatyzujmy. Nie ma czegoś takiego jak nadmiar edukacji, a jeśli zdobyta wiedza była coś warta, stanowi wyłącznie atut i paliwo, dzięki którym można zorganizować dla siebie dobry kawałek życia. Trochę mnie mierzi obrażanie się na rzeczywistość, gdy okazuje się trudniejsza, niż zakładaliśmy. Ja też mam za sobą rozczarowanie, a nawet szok, gwałtowny koniec mitycznej przyszłości, wyrzucenie z pracy z powodu kryzysu i trudne doświadczenie odnajdywania się na nowo, które zresztą trwa i nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi. Ale z tego wszystkiego mam też radość – doświadczania życia, które raz po raz przypomina, że nie ma pewników, że wygodę i święty spokój ma się najwyżej po śmierci. To rozczarowanie, które dotknęło nas, gdy odsłoniły się brzydkie kulisy ideologii wzrostu, jest oczywiście bolesne, ale też mobilizujące.

Czego się nauczyliśmy?

– Tego, żeby nie wciskać młodszym od nas obietnic bez pokrycia. Obietnica lepszej, gwarantowanej przyszłości jest dziś rzeczywiście nieaktualna, ale szansa na spełnione, wartościowe życie jest dla każdego z nas nadal dostępna. Załamanie kapitalistycznego mitu odsłoniło przed nami jeden z najtrudniejszych aspektów wolności – dokonywanie wyboru.

Niektórzy mówią, żeby się buntować. Jednak czy nasze pokolenie jest dostatecznie samodzielne? Jeśli przesiąkliśmy marzeniami rodziców o NATO, Unii i wolnym rynku, to w imię czego mamy wznosić bunt?

– To jest kluczowe. Od dość dawna sama pytam różnych ludzi o znaczenie, wartość, potrzebę buntu. To jest kategoria z XX-wiecznego słownika, prawdopodobnie nieodpowiadająca współczesności. W pojęcie buntu jest wpisana jakaś zbiorowość, gwałtowność i agresywność, dla których trudno znaleźć teraz zastosowanie, bo tak rozumiany bunt wymaga konkretnego, namacalnego przeciwnika: przywódcy, winowajcy, konserwatywnego rodzica, jakiegoś upostaciowionego wroga. Mnie się natomiast wydaje, że współczesne zło jest rozproszone, przypomina szybko mutujący się organizm, który w ogóle trudno uchwycić.

Spróbujmy.

– Dobrym jego symbolem jest korporacja, jako byt pozbawiony granic geograficznych, ale też wyraźnego przywództwa, to organizacja zarządzana zbiorowo przez nikomu nieznanych udziałowców, a jednak jej bogactwo i jej wpływy przybierają bardzo konkretne przejawy. I tylko wobec nich udaje się buntować – znam ludzi, którzy rzucili korporacje i pracują na własny rachunek, czują się wolni. Znam i takich, którzy nie chcą angażować się w politykę, ale rozwijają edukację albo kulturę. Robią coś ważnego na własną skalę – i te wybory uważam za odważne, sensowne. Bo wielu z nas czuje, że nie mamy szans, my – pojedynczy, w starciu z globalnymi potworami. Dlatego staramy się być w jednoosobowej opozycji, a jeśli będzie nas wielu, może wyłoni się z tego większa siła do zmian. Problemem jest jednak to, że polityka i ekonomia są zarządzane przez grupy wpływu i bez stworzenia grupowej organizacji nie sposób w tej grze uczestniczyć i zwyciężać.

Znów – potrzeba wspólnoty.

– Być może naszą największą słabością jest nieumiejętność wspólnego działania. To może okazać się zgubne. Odrzuciliśmy liczbę mnogą i po ‘89 rozwijaliśmy indywidualizm, a dziś coraz wyraźniej odczuwalna jest potrzeba działania razem. Wiemy, że świat się zmienia twórczym działaniem, widzieliśmy to przecież z bliska. Myślę, że od połączenia sił powstrzymuje nas lęk przed wspólnotowością, przed zatraceniem „ja” w większym „my”. Mam nadzieję, że ta bariera lęku jest do przejścia, bo od umiejętności skutecznego przeciwstawiania się mechanizmom władzy zależy nasza wolność. W tym względzie nic się nie zmieniło.

Rozmowa ukazała się we wrześniowym numerze magazynu „W Punkt” (pobierz za darmo pełne wydania na iPada)

Paulina Wilk – dziennikarka prasowa, reportażystka, recenzentka i felietonistka; pracowała m.in. w Indiach, Chinach, Kenii, Brazylii i Izraelu; autorka książki „Lalki w ogniu” nominowanej do nagrody im. Beaty Pawlak, Angelusa i Nike, w tym roku ukazały się jej „Znaki szczególne”

Jakub Halcewicz – redaktor naczelny „W Punkt”
Trwa ładowanie komentarzy...