O autorze
"W Punkt" jest pierwszym w Polsce magazynem opiniotwórczym stworzonym z myślą o użytkownikach urządzeń mobilnych zainteresowanych polityką, sprawami społecznymi, zmianami cywilizacyjnymi, reportażem, literaturą i internetowym lifestylem. Wersję na iPada można pobrać w App Store, a na czytniki e-booków ze strony Magazynwpunkt.com. Czasopismo ukazuje się od maja 2013 roku i jest bezpłatne. Tutaj publikujemy nasze artykuły - te, które ukazały się w kolejnych numerach oraz te pisane przez naszych autorów na bieżąco.

Wychowanie według Kisiela

Stefan Kisielewski
Stefan Kisielewski fot. materiały promocyjne wydawcy
Uwielbiał prowokować, i to prowokować właściwie niewinnie. Według ojca dzieci miały być bystre, a nie grzeczne – legendarnego felietonistę Stefana Kisielewskiego wspomina jego syn Jerzy.

Fragment książki „Pierwsza woda po Kisielu” (Czerwone i Czarne 2014) ukazał się w magazynie „W Punkt” (pobierz pełne numery bezpłatnie na iPada, bądź W Punkt na Facebooku)
Wielu było przekonanych, że w naszym domu najbardziej niesfornym dzieckiem jest ojciec. Stosował wobec nas niekonwencjonalny typ chowu. Jak na liberała przystało, dawał nam wolną rękę. Ani nie sprawdzał zeszytów, ani nie pytał, dokąd idziemy i z kim się zadajemy. Uważał, że dziecko ma prawo do popełniania błędów. Nie okazywał przesadnych czułości tatusia. Byliśmy dla niego partnerami do rozmów i wspólnych wędrówek, górskich bądź rowerowych. Dlatego lepszy kontakt nawiązał z nami, gdy już podrośliśmy i mogliśmy z nim dyskutować. Mniejsze dziecko bywało dla niego rodzajem eksperymentu. Zgodnie z ukutą przez siebie zasadą: „Rób zawsze drugiemu, co tobie niemiło, aby wypróbować, jak się na to reaguje, jak duże są przy tym straty i jak można samemu tego uniknąć”. (Stefan Kisielewski, „Przysłowia są mądrością narodów. Myśli nieco cyniczne” w: „Felietony tom 1. Rzeczy małe”, Prószyński i S-ka 2013).



Dzieci nie kłamią
Próbował na przykład sprawdzić, ile dziecko wytrzyma i jak długo się nie obrazi. Zawsze herbatę czy neskę pił w szklance i lubił, żeby było nalane po krawędź. Wszyscy mówili, że to nieelegancko, ale tak lubił i już. Potem mieszał w tej szklance, mieszał i mieszał… No i nagle potrafił wyjąć gorącą łyżeczkę i przyłożyć niespodziewanie dziecku do ręki. By zobaczyć, jak zareaguje. Obrazi się czy nie? Zrobiłem tak kiedyś synowi. I nagle zdałem sobie sprawę, jak silne są te mechanizmy instynktownego zapamiętywania z dzieciństwa i powielania.


Okrutniejszy eksperyment „na drugim człowieku” zapamiętała [moja siostra] Krystyna. Wybrała się raz z ojcem z Jastrzębiej Góry na wycieczkę do Pucka. Kiedy chcieli wracać, okazało się, że ostatni autobus odjechał. Ojciec zdecydował, że wrócą piechotą, a była to odległość ponad dwudziestu kilometrów. Szli wzdłuż drogi i nagle około północy zaczął padać deszcz, po czym wyrosło jak spod ziemi dwóch zakapturzonych harcerzy w pelerynach. Zasalutowali i oznajmili, że zostali wyznaczeni do pilnowania drogi – by nikt tam nie wpadł w wertepy, bo przejazd jest w remoncie. Ruszyli razem, we czworo, i w pewnej chwili zamigotały z daleka światła nadjeżdżającego samochodu. Ojciec nagle chwycił jednego z harcerzy za kark i ryknął mu do ucha:

– A ja teraz wrzucę cię pod samochód!…

Zmiatali chłopcy, ile sił w nogach. A ojciec zaśmiewał się w głos, że takich to odważnych harcerzy mamy…

Bo on uwielbiał prowokować, i to prowokować właściwie niewinnie. Lubił nas uczyć brzydkich słów. Potem przeszło to na wnuki. Opowiadała o tym swego czasu córka Krysi, Ania, że łapał ją za rękę i ściskał. Kiedy buzia robiła się jej w podkówkę, mówił:

– Powiedz „dupa”, to puszczę.

Takie były z tego konsekwencje: Ania już jako uczennica szkoły muzycznej została z klasą zaprowadzona na Powązki, aby odwiedzić groby kompozytorów. Kiedy doszli do grobu Kisielewskiego, pani poprosiła ją, aby opowiedziała coś na temat dziadka. No to opowiedziała, jak ją uczył brzydkich słów. No cóż, dzieci nie kłamią…

Oczywiście dla mamy i cioci stanowiło to poważny problem.

Baran, baran, buc!
Uczył jeszcze innych rzeczy. Jest taka, dosyć już teraz legendarna historia dotycząca pewnego żartu. I tu zdania są podzielone, kto to zrobił. Ja twierdzę, że Krystyna, ale przykleiło się do mnie. Jeździliśmy na wakacje do Poronina, do willi słynnej malarki pani Zofii Stryjeńskiej na Galicowej Grapie. Przyjeżdżała tam również pewna katolicka pisarka, samotna, nosząca długie suknie. Nobliwa pani. Szczególnie zapadło mi w pamięć, że w upalne dni, kiedy słońce było ostre, zakładała sobie majtki na głowę, świeżo uprane, takie prosto ze sznurka, żeby nie dostać udaru. Praktyczne, choć dziwne, szczególnie dla dziecka.

Historia działa się w kuchni. Tam wszyscy trzymali swoje naczynia i wiktuały. Także nasza ciocia, bo to ona zwykle zajmowała się nami na tych wyjazdach. Mama z ojcem przyjeżdżali albo dojeżdżali później i na krócej. Ojciec zawsze był gdzieś tam przesunięty, bo coś go trzymało w Krakowie lub Warszawie. W naszej rodzinie od zawsze była popularna zabawa z dziećmi w barana, zresztą kontynuowana do dzisiaj. To największa frajda dla dzieci, kiedy mogą się trykać głowami z dorosłymi: baran, baran, buc! No i w tej kuchni poronińskiej panie przygotowywały obiad, każda sobie i swoim bliskim. Ciocia też coś tam pichciła, kiedy do kuchni wpadła Kryśka. Kolejno podbiegała do każdego i robiła mu baran, baran, buc! – w brzuch, w pupę, w zależności, kto jak stał, odwrócony w danym momencie frontem bądź tyłem. Zrobiła też barana owej niemłodej już, nobliwej pani i krzyknęła: „Fuj, jak pani dupa śmierdzi!”. No i znowu dramat. Ciocia z pretensjami do ojca:

– Stefan, przez ciebie już nie mogę się w tej kuchni pokazać, bo przecież taki wstyd!

Na co ojciec: – Przecież dzieci nie kłamią. A może jej naprawdę śmierdzi…

Druga wersja tej historii jest taka, że ojciec mnie namówił, abym coś takiego powiedział pani hrabinie (nie pisarce). Zrobiłem to chętnie. Siedziała w kuchni przy stoliku z moją mamą. Podszedłem od tyłu, objąłem ją w pasie i powiedziałem:

– Ale pani dupa śmierdzi…

Na co hrabina, całkowicie niezbita z tropu, zwróciła się do mamy z pytaniem:

– Czy nie należałoby bardziej dosolić mięsa?

Bo wiedziała doskonale, że pomysłodawcą jest ojciec, który rozbawiony zerkał zza drzwi. W tej wersji mama najpierw chciała paść trupem ze wstydu, a później poszła oczywiście z pretensjami do ojca. Tak to zapamiętał i opisał Tadeusz Kwiatkowski w książce o Krupniczej, pod świetnym tytułem „Niedyskretny urok pamięci”.

Zrobimy z tego ślizgawkę
Byliśmy z wizytą u znajomych, państwa Gołogórskich, mieszkających przy ulicy Wenecja. Pamiętam, że mieli samochód, aparat fotograficzny z dużą lampą błyskową, w której po każdym zdjęciu trzeba było wymieniać żarówkę, i parę nowoczesnych urządzeń, które pan domu demonstrował, budząc nasz podziw. U nas w tym czasie były w domu rowery i fortepian. Kiedy wróciliśmy, zapytałem mamę:

– Dlaczego wszyscy mają normalnych ojców, tylko my takiego dupowatego?

Kar cielesnych ojciec nigdy nie stosował. Tylko raz dostałem po łapach. W domu nie było agresji. Brzydkie słowa stanowiły formę zabawy. Z tamtych czasów został mi w pamięci pewien Wierszyk, podobno przedwojenny, choć nietracący na aktualności:

Na Wiśle pod filarami
Rozbił się galar z jabłkami
Płyną sobie jabłka równo
A pomiędzy nimi gó..o
Co to płynie? – pyta babka
Na to gó..o: TO MY JABŁKA!!


Dlatego szczególnie wbiła mi się w pamięć sytuacja zaprzyjaźnionej z rodzicami od zawsze rodziny. Tradycyjny dom. Na stole stara srebrna cukiernica, ale w ciągu dnia nie wolno było z niej wziąć kostki cukru, bo groziło za to lanie pasem. Dyscyplina obejmowała wszystko, w tradycyjnym stylu tak zwanego porządnego domu dziecko należało podporządkować reżimowi kindersztuby. Spędzaliśmy razem wakacje w Jastrzębiej Górze. Pewnej niedzieli szliśmy do kościoła, a ich syn był odświętnie wystrojony w białą koszulę i czarne krótkie spodnie. Gdzieś tam po drodze stała beczka ze smołą. We dwóch zaczęliśmy w niej grzebać patykami. Nie sposób było uniknąć przy tej zabawie wysmarowania się płynną smołą. Przyszedł jego ojciec, kazał mu wyjąć pasek ze spodni i podać. Ja nie miałem paska przy spodniach, bo byłem na to za mały. A teraz mogłem zobaczyć, po co się go nosi… Po to, by w takich sytuacjach go zdejmować, podawać ojcu, aby ten lał po tyłku, i to własnym paskiem! Nie mogłem tego pojąć. Takie poniżenie! I do tego na oczach kolegi.

Kiedyś usłyszałem rozmowę rodziców z jego rodzicami. Dziwili się:

– Wy swoich dzieci nie wychowujecie, a robią wrażenie wychowanych. A my robimy wszystko, co się da, i nic to nie pomaga.

To bodaj w Collegium Maius nad wejściem jest wyryte zdanie „Plus ratio quam vis” (łac. więcej znaczy rozum niż siła). Ważna maksyma, a przydatna także przy dzieciach…

Krystyna miała chorobę lokomocyjną, co było problemem, bo w tych autobusach do Poronina czy Zakopanego śmierdziało spalinami i było duszno. Dlatego podróż zawsze musiała się skończyć tak samo – że Krystyna wymiotowała. Raz na mnie… dość to było przykre doznanie. Tym bardziej że funkcjonował zwyczaj, aby w podróży być porządnie ubranym. Kiedyś zdarzyło jej się puścić pawia w pociągu, z przedziału na korytarz. Wszyscy przejęci, wpadli w panikę, co tu zrobić. A ojciec całkiem spokojnie mówi:

– Nic, zrobimy z tego ślizgawkę…

I przejechał się po korytarzu na butach. Tak kilka razy, no i to rozjechał…

Ciiii! Stefan pisze felieton
Mam w pamięci jeden dzień, kiedy zostałem z ojcem sam w domu. Chyba wrócił co dopiero z jakiegoś przyjęcia, bo był w świetnym nastroju (na rauszu?), i usiadł do pianina. A zawsze, kiedy miał dobry nastrój, grał przeróżne stare melodie, „Na sopkach Mandżurii”, „Titinę”, „Tango milonga”… Uwielbiał. To był jego sposób na relaks. Tego dniach również grał, a ja stałem przy pianinie i zacząłem robić basy, by pasowały do jego akordów. Sprawiało mi to wielką frajdę. Gram z ojcem!

Na co dzień raczej nie miał dla nas czasu. Jednak nie ilość spędzonego czasu, ale intensywność bycia z dzieckiem się liczy. Zapamiętuje się emocje. A brak intensywności trudno by ojcu zarzucić. No i szczególnej presji nie było. Oprócz wtorków! Ciiii!! Stefan pisze felieton. Ojciec siadał w swoim pokoju, wśród książek i gazet. Mama, która potem była pierwszą czytelniczką felietonów, przynosiła mu szklankę mocnej herbaty. Wtedy musiało być parę godzin ciszy. A miał takie ucho, że słyszał każdy szmer za drzwiami. Jak dzwonił telefon, odpowiadaliśmy uprzejmie: „Ojca nie ma”. Już w Warszawie, kiedy babcia Kisielewska, mocno starsza pani, a przy tym niezwykle systematyczna, nie mogąc z powodu pogody wyjść na spacer, trenowała równomierne chodzenie po domowym korytarzu. Kiedy zdarzało się to w „felietonowy” wtorek, ojciec wychylał się ze swojego pokoju, pytając z irytacją w głosie:

– Matka, nie możesz szybciej???!!

Fragment książki „Pierwsza woda po Kisielu” (Czerwone i Czarne 2014) ukazał się w magazynie „W Punkt” (pobierz pełne numery bezpłatnie na iPada, bądź W Punkt na Facebooku)

Jerzy Kisielewski – syn Stefana Kisielewskiego, dziennikarz. Przez kilkanaście lat współpracował z prasą zagraniczną: francuską agencją prasową AFP, włoską ANSA, jest korespondentem paryskiego dziennika „La Croix”; prowadzący i wydawca porannego programu „Kawa czy herbata”, współpracownik Programu II Polskiego Radia oraz TVP Info

Tytuł i śródtytuły od redakcji
Trwa ładowanie komentarzy...